Terror w zaroślach

Dzisiaj, w niedzielę Dnia Pańskiego 7 czerwca 2009, po krótkiej wymianie SMS-ów zbiegłem do garażu z kluczami oczkowymi w garści. Mam do przykręcenia kosę i lusterka. Moto od powrotu z rundy na Bemowie stoi „nietknięte”. Z lusterkami poszło szybko, z kosą również, ale nie bardzo mam jak przykręcić czujnik położenia stopki, bo nie mam ze sobą ósemki.

Ale co tam, mam stary kawałek power-tape. Power-tape twoim przyjacielem myślę sobie i owijam czujnik taśmą do stopki – musi wytrzymać. Jeszcze tylko dolać trochę sosu na pompie, dmuchnąć w oponkę i jazda.  Chłopaki czekają.  Biorąc pod uwagę, że mam do przeskoczenia całe miasto muszę się sprężać. Taka mobilizacja dobrze mi robi, bo lajtowa jazda KaTeM w moim wydaniu zawsze kończy się tym, że nie wejdzie bieg, albo zgaśnie przy ruszaniu. Szybkie starty spod świateł, dynamiczne mykanie między puszkami i po kilkunastu minutach jestem na Powsińskiej. Na ostatnich światłach przed McDonald’s odpuszczam.Przeczucie i przyzwyczajenie mówi mi, że za zakrętem będzie niespodzianka. I oczywiście jest – smutni panowie dwaj. Mijam ich z uśmiechem i nieznacznie przyspieszam powstrzymywany przed odkręceniem manetki niejasnym przeczuciem, że coś się jeszcze może wydarzyć. Toczę się środkowym pasem na trójce odkręconej do połowy – nuda. Po lewej i po prawej doszły mnie dwie puszki – niezła eskorta. Dziwne, nikt się nie wyrywa do przodu. Za moment wszystko staje się jasne – dwie białe hondy CB i kolejni panowie dwaj. Dalej już musi być czysto – odkręcam do oporu. Po chwili zataczam się pod McDonald’s postrzeliwując z wydechu przy kolejnych redukcjach. Dzieciaki na chwilę przestają jeść hamburgery a rodzice pić kawę, po czym wszystko wraca do normy.  Szybki przegląd składu – stoi huska, której właściciel w celu zachowania prestiżu na dzielnicy pozostawił numery startowe z rundy na Bemowie, żółty DR-Z SM i coś jeszcze. Witam się z Jackiem, Jakubem i Sebą. Jak się okazuje to coś, to srebrna, podłubana honda CRF Seby. Panowie od razu zapoznają mnie z najnowszym trendem w supermoto modzie – tablice rejestracyjne zamiast przykręcone do zadupków wozi się teraz na plecakach. Po chwili dojeżdża Rodman – mamy komplet. Odpalamy i lecimy na najbliższą stację benzynową – gęsiego, między puszkami, praktycznie bez kierunków, bo nie ma na nie czasu. Każdy ma akcesoryjny wydech, więc i tak nas słychać. W pewnym momencie Seba ostro hebluje i wpada na pas do skrętu w lewo, na stację. Wszyscy dadzą radę, myślę sobie, kiedy nagle jak kamień wystrzelony z procy po mojej prawej stronie przelatuje Rodman. Upppsss… Na stacji jesteśmy krótko – kontrola ciśnienia w oponach i obieramy kierunek na hopkę – Seba ostatnio „chwalił” mnie za piękne dziobale, więc jedziemy poćwiczyć skoki. Jak się okazuje dojazd do hopy to wyzwanie samo w sobie. Wszyscy z wyjątkiem Rodmana mamy opony szosowe, a po dwóch deszczowych dniach polna dróżka zmieniła się w błotne ślizgawisko. Pierwszy postój robimy już po kilkudziesięciu metrach.

Wszyscy patrzą na siebie z nadzieją, ale nikt nie ma śmiałości zaproponować, że wracamy. Cóż, supermoto jest dla twardych, a supermoto w błocie widocznie dla jeszcze twardszych. Świadomość, że jadę z prawdziwymi twardzielami dodaje mi otuchy. Przy okazji wszyscy doceniamy magiczne guziczki w naszych motocyklach oraz kondycję Seby, który wypluwa płuca kopiąc piękną CRF-ę. Ruszamy dalej. Po kilkunastu minutach przeprawy wyprzedza mnie tył mojego motocykla. Trzy i pół metrowy slajd z prędkości około 7 km/h kończę tyłem do przodu, podparty na lewej nodze, trzymając kierownicę dziesięć centymetrów od powierzchni błota. Po chwili pass – kładę Kata delikatnie na ziemi. Normalnie podniesienie moto i obranie właściwego kierunku jazdy trwa chwilę. Dzisiaj jest inaczej – jest ślisko jako cholera. Dobre kilkanaście sekund walczę o to, żeby nie walnąć tyłkiem w błoto.

Udało się, jadę dalej. Oooo, jacy mili koledzy, zatrzymali się, żeby na mnie poczekać – łudzę się przez chwilę. Chłopaki stoją, bo dalszy odcinek dróżki wygląda tak, że dotychczasowy hardcore oceniamy jako lajcik. Trzeba być twardym, a nie miękkim – napieramy dalej. Po kolejnych kilku minutach wita nas hopa. W zasadzie to dzisiaj przypomina ona wyspę sterczącą wśród okolicznych wód – skoków nie będzie. Ktoś puszcza dymka, ktoś opowiada krótką historię o „symbiozie” terenówek, kładów i motocykli jeżdżących po tym terenie, snujemy plany na przyszły weekend, na „Poznań”, na przyszły sezon…

Czas wracać do domu. Po stu metrach dodatkowego błota dojeżdżamy do asfaltu. Nie ma co, trzeba podziękować Sebie za inwencję – zamiast dwóch taplaliśmy się w błocie czterdzieści minut. Potem sprawa jest już prosta. Lecimy do centrum, a potem do 2oo. Pięć SM-ów to prawie tyle, ile potrzeba na rozegranie wyścigów jednej klasy. Chłopaki czują to przez skórę i na kolejnych światłach wszyscy zajmujemy pozycje startowe. Czerwone, żółte … poszli! Pięć SM-ów, dłubane wydechy, pełna łycha – miasto drży! Jakiś kolo w aucie wyciąga telefon i kręci nasz start! Na Kasprzaka krótkie pożegnanie – chłopaki na Tymbarka, a ja do domu. Na koniec dnia pokazuję swojemu synkowi moto cięższe o 10 kg błota. To był piękny dzień! Podziękowania dla towarzyszy „podróży”! Na zakończenie przytaczam SMS od Seby, który był dla mnie inspiracją (Dzięki Seba!) do opisania tej krótkiej historii: „Marek napisz na SM stronkach o dzisiejszym terrorze miasta. Napisz o tym jak koleś kręcił nam filmik gdy startowaliśmy spod świateł. WIDZIALEM!!! :) Pisz by ludzie widzieli że się lata.”

Tekst: Marek
Zdjęcia: Rodman

  • Gumis

    fajnie sie czyta, szkoda że więcej wypraw nie opisywałeś/liście bo bym chętnie poczytał po ogarniał fotki, mam nadzieje ze i mnie kopnie zaszczyt latac w tym sezonie na sm. ale jeszcze egzamin mnie czeka…
    pozdro i szerokości.

  • jakub

    gumiś: nie ma egzaminów na sm ;-)

  • Gumis

    witam
    hehe wiem ze nie ma egzaminów na SM ale jest egzamin na pj kat. A które muszę ogarnąć jeszcze w te wakacje bo chcę wyjechać gdzieś w jurop (UE) i zarobić na pierwsze swoje sm tyle ze jeszcze nie wiem czy będzie to 125 250 a może drz sm, tylko ze przy 125 będę bał sie ze moto nie ogarnie mojej wagi (83kg przy 180cm… wiem wiem mam nadwagę ale walczę z tym ^^) 250 w 2T ( strach ze mnie to rozniesie… i beda mnie na chirurgi składać… a 450 drz przecie to aż 450ccm (wiem głupie to ale boje sie pojemności…) ale wpierw muszę ogarnąć prawko by sie niebać panów w niebieskich mundurkach ( nie mówie o listonoszach… )
    pozdrawiam :)

  • Arni

    Trzeba latać chopy a nie gadać i pierdołki pisać. Łycha w pola i ogień, publika przeważnie jest zbędna!!

QR Code Business Card